Suwalskie Wieści

Z każdym można wygrać

      Badmintonista Robert Mateusiak będzie pierwszym olimpijczykiem, reprezentującym suwalski klub.
      Suwalczanin z Warszawy.
      Zawodowym badmintonistą został już po zakończeniu podstawówki. Dalszą edukację musiał zawiesić.
      Był pierwszym, wespół z deblowym partnerem, Polakiem rozstawionym na mistrzostwach świata.
      Jest pierwszym zdobywcą medalu mistrzostw Europy w historii polskiego badmintona. Niedługo, w Sydney, będzie pierwszym reprezentantem suwalskiego klubu startującym na igrzyskach olimpijskich.
      Dwudziestoczteroletni Robert Mateusiak urodził się i jest na stałe zameldowany w Warszawie. Od dwóch sezonów broni barw profesjonalnego Suwalskiego Klubu Badmintona Litpol-Polam, i - równolegle - klubu 2. Bundesligi Witorf Neumunster koło Hamburga. Można napisać, że mieszka nigdzie i wszędzie, nigdzie na dłużej go nie ma. Najwięcej czasu w jednym miejscu spędza na zgrupowaniach kadry narodowej.

Kliknij aby powiększyć
fot. B.Pieklik
Dla znajomych - "Zico"
      Może dlatego, że przygodę ze sportem rozpoczął od futbolu w Polfie Tarchomin. Za badmintona wziął się stosunkowo późno, bo mając 11 lat. Szybkie sukcesy na olimpiadach młodzieży utwierdziły go w przekonaniu, że postawił na właściwą dyscyplinę.
- Po trzech latach ćwiczeń w stołecznym Polonezie, jeszcze jako uczeń 8. klasy podstawówki trafiłem do Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Olsztynie - opowiada Mateusiak. Badminton stał się pełnoprawną dyscypliną olimpijską podczas igrzysk 1992 roku w Atlancie. Wcześniej władze PZBad. - wzorem badmintonowych potęg - utworzyły ośrodek, w którym zostali skoszarowani najlepsi zawodnicy w różnych kategoriach wiekowych. Ich szkoleniem zajął się sprowadzony z Chin Zhou Jun Ling. Pod okiem Chińczyka talent Roberta eksplodował.
      Wśród juniorów nie miał on sobie równych zarówno w grze pojedynczej, podwójnej, jak i mieszanej. Wkrótce, prócz pochodzącego ze Śląska Jacka Hankiewicza i Dariusza Zięby z Koszalina stał się podstawowym graczem Poloneza.
      Warszawski przedsiębiorca Jerzy Suski stworzył drużynę z zawodników przebywających na co dzień w ośrodku w Olsztynie. Nie musiał wynajmować im mieszkań ani sal gimnastycznych na zajęcia w stolicy. Płacił za to stypendia i premie za medale mistrzostw kraju i ligowe punkty.

I stało się

      W 1993 roku Polonez Warszawa zdetronizował dotychczasowego absolutnego hegemona Technika Głubczyce. Lekkie załamanie finansowe i życiowe przyszło już w następnym sezonie. Z braku pieniędzy, związek zamknął ośrodek w Olsztynie. Robert zaś, między treningami, chodził do tamtejszego Technikum Kolejowego.
- Musiałem więc przerwać naukę. Po powrocie do domu postanowiłem w ogóle zawiesić dalszą edukację - wspomina Mateusiak.
- Wszystko postawiłem na sport. Coraz mniej pieniędzy było też w klubie. Na szczęście, 18-latek z Warszawy był już podstawowym zawodnikiem kadry. Pracujący w Głubczycach szkoleniowcy reprezentacji - Chińczyk Ling Bo i Ryszard Borek "skojarzyli" go z trenującym w Techniku, o trzy lata od niego starszym Damianem Pławeckim, studentem wrocławskiej AWF.
Od połowy '94 roku Mateusiak i Pławecki tworzyli doborową parę deblową. Ich celem było zakwalifikowanie się do igrzysk w Atlancie. Zajęli 2. miejsce w Moskwie i Czechach, zwyciężyli w niżej notowanych mistrzostwach Węgier i Bułgarii. Zajęli 3. miejsce w inaugurujących olimpijskie eliminacje międzynarodowych mistrzostwach naszego kraju. Polski duet chwalili nawet goszczący w Spale Indonezyjczycy.
      Młody, pochłonięty treningami, zgrupowaniami, startami w kraju i zagranicą Robert nie miał wielkich finansowych potrzeb. Co miesiąc odbierał stypendium kadrowe w wysokości 1,8 miliona starych zł, pół miliona za każdy zdobyty w lidze punkt wypłacał mu klub. Pamięta najwyższą wtedy premię. Za drugie miejsce na turnieju w Moskwie otrzymali z partnerem 1.750 dolarów do podziału.
      Wiosną 1995 roku Mateusiak i Pławecki wspięli się na 26. pozycję światowego rankingu deblistów. Zostali, jako pierwsi Polacy w historii, rozstawieni (miejsca 9-16) na mistrzostwach świata w Lozannie. Każdy, kto wie, że absolutną czołówkę w tej dyscyplinie stanowią Koreańczycy z Południa, Chińczycy, Indonezyjczycy, Duńczycy, Szwedzi, Anglicy i Holendrzy, zdaje sobie sprawę z rangi tego sukcesu.
      W sierpniu i we wrześniu, dzięki wspomnianemu Ling Bo, Mateusiak i Pławecki przez 42 dni przebywali w mecce badmintona - Chinach. Ćwiczyli w Education Phizycal College w Nanjing. To czego się tam nauczyli okazało się jednak niewystarczające, by awansować do Atlanty.
- A było tak blisko - żałuje Robert. - Uplasowaliśmy się na 25. miejscu światowej listy rankingowej. Okazało się ono najbardziej pechowe, bo na igrzyska pojechały 24 deble. Byliśmy pierwszą parą rezerwową. Niestety, nikt się nie wycofał. Zabrakło nam trochę szczęścia, no i doświadczenia. Gra podwójna wymaga przede wszystkim dużego zrozumienia, rutyny. Byliśmy młodym deblem. Miałem wtedy 19 lat.

Na aucie

      Ówczesny wicemistrz Polski, zespół Poloneza wycofał się z pierwszoligowych rozgrywek.
- Zdecydowaliśmy o tym wszyscy - i zawodnicy, i trenerzy, i działacze. Stanowiliśmy bardzo dobry, zgrany zespół także na polu prywatnym. Kilku zawodników się rozjechało. Stwierdziliśmy, że w takiej sytuacji finansowej i personalnej nie ma co się wygłupiać, walczyć w lidze o dalsze lokaty. Wcześniej rywalizowaliśmy przecież o mistrzostwo. Uznaliśmy, że lepiej będzie, gdy każdy z nas poszuka swojej szansy na własną rękę.
      Mateusiakowi pomógł pracujący w roli trenera w Hamburgu Jacek Hankiewicz. Robert grał trochę w trzeciej lidze niemieckiej, był też sparingpartnerem dla podopiecznych Hankiewicza. Po rozwiązaniu debla z Pławeckim, w kadrze narodowej zabrakło dla niego miejsca. Z reprezentacji wypadł aż na półtora roku.
Miał wtedy więcej wolnego czasu. W Warszawie poznał dziewczynę - Iwonę, mieszkającą niedaleko jego rodziców. Iwona zajmuje się promocją w firmie handlowej, zupełnie nieźle zarabia, studiuje w szkole hotelarskiej. Problemy zaczęły się po powrocie Mateusiaka do kadry. Bywają miesiące, kiedy w ogóle nie może spotkać się ze swoją dziewczyną.
      Sport nie pozwala na życie prywatne, na rozwijanie zainteresowań. Hobby Mateusiaka to muzyka i samochody. Uwielbia szybko jeździć. Teraz ma BMW 525. Dzięki badmintonowi poznał chyba całą Europę, sporą część Azji.
      Polscy badmintoniści, z braku pieniędzy, jeżdżą po świecie z turnieju na turniej sami, bez opiekunów, trenerów, lekarzy. Muszą jakoś sobie radzić. Robert nieźle posługuje się angielskim, dużo gorzej - niemieckim.

Come back

      Trener kadry Ryszard Borek przypomniał o Mateusiaku pod koniec '97 roku. Niestety, chorego szkoleniowca zastąpiła na jakiś czas Rosjanka Klaudia Majorowa, która usunęła Roberta z reprezentacji. Ponownie, Borek odezwał się po pół roku.
      Na domiar szczęścia, w wakacje '98 Mateusiaka skaperowali działacze drużynowego mistrza Polski - SKB Suwałki. Nad Czarną Hańczą powstawała akurat profesjonalna grupa, której sponsorem zostały spółki Litpol i Polam. Prezes Litpolu Henryk Owsiejew, w zamian za spore, bo sięgające kilku miliardów starych złotych rocznie wydatki na stypendia i premie oraz wyjazdy zagraniczne zawodników, zażądał odpowiedniej promocji reprezentowanych przez niego firm i miasta w kraju i poza nim.
      Odpowiednia promocja, to nagłaśniane wyniki sportowe. Warunki mówiły o obronie tytułu drużynowego, co najmniej sześć medali na indywidualnych mistrzostwach Polski, zakwalifikowanie się choćby jednego zawodnika na igrzyska w Sydney.
      Najtrudniej spełnić ten ostatni wymóg, gdyż w Australii wystąpi mniejsza liczba badmintonistów niż cztery lata wcześniej. Z listy światowej awansuje tylko 19 debli.
      Robert Mateusiak wraz z nowym partnerem Michałem Łogoszem, wychowanym w Płocku a grającym w Głubczycach plasują się na 17. miejscu i mają olimpijskie paszporty.
      Tak wysokie miejsce polskiego debla, występującego raptem od niecałych dwóch lat jest wielką niespodzianką. Mateusiak i młodszy od niego o rok Łogosz solidnie jednak na swoją pozycję zapracowali. Tylko w tym roku wygrali mistrzostwa Chorwacji, byli w finale w Holandii, w półfinałach mistrzostw Polski i Szwecji. Sporo punktów "zarobili" w czasie drużynowej części mistrzostw Europy w Glasgow, a najwięcej - co było absolutnym przebojem - podczas turnieju indywidualnego, w którym Mateusiak i Łogosz zajmując 3-4. miejsce, po raz pierwszy w historii polskiego badmintona zdobyli medal mistrzostw Starego Kontynentu.
- Nasze ćwierćfinałowe zwycięstwo na rozstawioną z nr 1 duńską parą Martin Hansen Ludgaard i Lars Paaske, zajmującą 5. miejsce na świecie okrzyknięto największą sensacją zawodów - relacjonuje Mateusiak. - Była to najpiękniejsza chwila w moim życiu.
      Mateusiak uwierzył, że można wygrać z każdym. Także z nieosiągalnymi, wydaje się dziś, reprezentantami Korei, Chin czy Indonezji.
- To dopiero początek sukcesów - powtarza. Coraz mocniej liczy, że spełni się jego największe marzenie - gra w Bundeslidze, w której za ciężkie pieniądze występują najlepsi badmintoniści świata. Wojciech Drażba



Powrót - inne wieści