Suwalskie Wieści

ŻYCIORYS SKŁADAKA

     Żubrówka leży w połowie drogi między Sejnami i Suwałkami. Nie przyjechał tutaj papież podczas tegorocznej pielgrzymki, nie ma jeziora, lasu ani innych atrakcji turystycznych. Mimo to o wsi mówiło się w warszawskich salonach i ogólnopolskich mediach. Wszystko z powodu psa państwa Pałusków, bernardyna nazywanego przez ich córeczki "Beethoven", a przez gospodarza "Składak". -Imię "Składak" odzwierciedla moje wątpliwości co do czystości rasy i niedostatków urody - śmieje się Zbigniew Pałuska.

     Choć bernardyn ma około czterech lat, w Żubrówce jest od niespełna dwóch. Jego udokumentowany życiorys rozpoczął się w lipcu 1998r. Właśnie wtedy po raz pierwszy pies znalazł człowieka. Trafił na Bogdana Paprockiego, wybitnego tenora warszawskiej Opery Narodowej, legendarnego odtwórcę m.in. Jontka z "Halki" i Adama z "Diabłów z Loudun", od wielu lat spędzającego wakacje nad Wigrami.

     Paprocki, obchodzący w tym roku osiemdziesięciolecie urodzin, do tej pory słynął wśród znajmych z ciętego języka i zjadliwego poczucia humoru, a nie ze skłonności do sentymentalnych gestów. Artystę, który spędził na scenie 53 udane sezony artystyczne, stać na ironię nawet w stosunku do samego siebie. Jego bon mot brzmi: "niejednokrotnie zdarzało mi się odnosić największe sukcesy w przedstawieniach, w których nie brałem udziału". Jak napisała Ewa Łętowska, to stwierdzenie "jest czymś więcej, niż zręczną odpowiedzią świadomego swej wartości artysty na natarczywe pytania, jest wyrazem mądrości życiowej i odnosi się nie tylko do życia operowego".

     -Od dawna wynajmuję mieszkanie u tego samego rolnika, tuż obok jeziora. Któregoś lipcowego ranka wyszedłem na spacer i wróciłem z psem. Był straszliwie chudy i brzydki. Mniejsza o skołtunioną sierść, krzywy zgryz i kaprawe oko. Zwierzę miało na prawym boku narośl wielkości sporego bochenka chleba. Była obrzydliwa, czerwono - sina, pulsujaca - opowiada Paprocki. Artysta poczęstował przypadkowego kompana kanapkami. Psisko zjadło jedną kromkę i zaległo po drzwiami. Nie chciało wejść do środka, ale nie chciało również wrócić do lasu. Przez noc nie ruszyło się ze swojego miejsca, w dzień podniosło tyłek tylko po to, aby towarzyszyć Paprockiemu w spacerze. Właściciel gospodarstwa patrzył na nieproszonego gościa krzywym okiem.
- Na pewno naniesie chorób, a kto wie - może zagryźć moje dzieci i pana też - tłumaczył letnikowi. - Zresztą - męczy się tylko na tym świecie. Wezmę widła i dobiję - proponował.
Paprocki konsekwentnie odmawiał. Nazwał bernardyna pieszczotliwie "Małym", bo takie imię nosił kiedyś jego ukochany pies, też urodzony nad Wigrami i czekał na przyjazd córki. Wiedział, że Grażynka, zawodowo sekretarz redakcji w jednym z warszawskich tygodników, najpierw go zbeszta, a potem wymyśli, jak Małemu pomóc.

     Dokładnie tak się stało. Córka sprowadziła zaprzyjaźnioną psią doktorkę, prywatnie żonę dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Jak raz tego lata również wypoczywała nad Wigrami. Diagnoza była pomyślna: pies jest zdrowy, tylko zagłodzony. Nie jest w stanie jeść dużo, więc trzeba karmić go często i stopniowo zwiększać racje żywnościowe. Narośl to również nie tragedia - wprawdzie jest mocno ukrwiona, ale można ją wyciąć. No i konieczne są szczepienia ochronne, bo nie wolno kusić losu.

     Rozpoczęły się przygotowania do operacji. - Musiały zostać spełnione dwa warunki: pies musiał wejść do domu i dzień musiał być słoneczny - opowiada Grażyna Paprocka. Tymczasem Mały spędzał kolejne dni przylepiony do schodów. Odrywał się od nich tylko wówczas, gdy Paprocki szedł do lasu. Nie chciał wejść do domu i do szopy nawet wtedy, kiedy lał deszcz.

     Przezwyciężenie psich lęków zajęło pond tydzień. Kolejnych pięć dni czekali na słońce. Wreszcie udało się. Stołem operacyjnym była świeżo umyta kuchenna podłoga.

     -Mały miał już aktualną "książeczkę zdrowia", nie był odrażający, ale w dalszym ciągu był bezpański. Zabranie go do Warszawy traktowaliśmy jako ostateczność. To nie jest pies na któreś piętro blokowego ":M". Zresztą, zwierzę bało się wsiąść do samochodu. Postanowiliśmy znależć mu nowego właściciela - wspomina Paprocki.

     Znajomi z Suwałk wyszukali trzy rodziny, skłonne wziąć psa do siebie. Trudno powiedzieć, dlaczego ludzie bez wahania decydowali się przyjąć pod swój dach niemłode psisko, o nieznanych przyzwyczajeniach. Może na ich decyzję miała wpływ romantyczna historia Małego i nie chcieli przerywać łańcuszka psiego szczęścia.

     Mały trafił do Pałusków. Paprocki uznał, że są najlepszymi kandydatami, ponieważ mają dom na wsi, duże podwórko i małe córeczki.

     -Nie wiedziałam, że pies może być aż tak chudy. Nie widziałam wcześniej psiego jadłospisu. Paproccy zostawili go, żebym nie popełniła błędów w karmieniu. Sniadanie - biały serek. II śniadanie - żółtko. Obiad - mielona wołowina. Podwieczorek - kanapka z szynką. Kolacja - bodajże również ser - opowiada Urszula Pałuska.

     Stosowała się do jadłospisu kilka dni, do chwili, kiedy zauważyła, że bernardyn z wielkim apetytem wyjada z misek dwóch suk, mieszkających w Żubrówce "od zawsze" kaszę z mięsem.

     Przeszłość psa nie jest już owiana tajemnicą. Któryś z gości Pałusków rozpoznał go jako nieudany zakopiański zakup jednego z suwalskich biznesmenów: "Kupił na Krupówkach szczeniaka rodowodowego bernardyna, a wyrosło cholera wie co. Zdenerwował się i wywiózł toto do lasu".

     Pies wydaje się zadowolony z Żubrówki. Pałuscy, a zwłaszcza Agatka i Ola, są bardzo zadowoleni z psa. Szczeniak Beethowena znalazł dom u znanego plastyka w Warszawie. Bogdan Paprocki odwiedza Żubrówkę kilka razy w roku i z właściwą sobie cieniutką autoironią deklaruje, że wreszcie zrobił w życiu coś pożytecznego.


Bożena Dunat



Powrót - inne wieści