Suwalskie Wieści

Przestroga



Alkohol kradnie wolność


    Mówią, że alkohol niszczy życie wszystkich: pijących i ich rodzin, ale z ust kogoś, kto tego nie doświadczył, brzmi to jak kolejna notatka lekcyjna. Bo co może wiedzieć ktoś, kto nie zaznał codziennych kłótni w domu, braku pieniędzy, czy nawet najbliższych. Nic! Nawet sam nie wie, jak to co mówi, jest puste, bezuczuciowe Nie zrozumie Polak Niemca bez znajomości języka, tak jak nie zrozumie zwykły człowiek alkoholika bez "smaku" nałogu. Moja rodzina* od zawsze była wzorcowa: tata utrzymujący dom, mama dbająca o nas. Nigdy nie chodziłam głodna czy źle ubrana, zawsze dostawałam to, o co prosiłam, nie miałam kłopotów w szkole - po prostu rodzina jak z telewizyjnego serialu. To rodzice nauczyli mnie dobroci i życzliwości dla innych, posłuszeństwa i samodzielności. Dzięki nim miałam fantastyczne wakacje, podczas gdy inne koleżanki, zmuszone brakiem funduszy, bawiły się pod blokiem. Kochałam ich nie za te wszystkie wyjazdy czy prezenty, ale za to, że dbali o mnie, kochali i wychowywali w trudnych czasach.
    Ale wszystko co dobre "musi się" skończyć, tak też się stało z moim beztroskim życiem. Na początku rodzice zaczynali się sprzeczać o każdą głupotę: gdy dostałam złą ocenę, że "mam za dużo luzu". Gdy mama prosiła o pieniądze na zakupy, to tata mówił, że za dużo wydaje, a gdy tata mówił, że wróci później z pracy, mama podejrzewała go o romans. Prawdziwe piekło zaczęło się wtedy, gdy mama podjęła pracę w sklepie. Już nie było sprzeczki, to była prawdziwa kłótnia. I gdyby ktoś zapytał, o co się kłócili, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Na uroczystości rodzinne czy święta chodziliśmy do znajomych coraz rzadziej, a jak już byliśmy, to uśmiechaliśmy się, jakby wszystko było w porządku. Po powrocie do domu znów dochodziło do kłótni, płaczu, a nawet pakowania walizek. Pretekst zawsze się znalazł. Gdy dochodziło między nimi do spięć, brałam mojego młodszego brata na huśtawki lub do parku, a kiedy padał deszcz, musieliśmy siedzieć w domu, więc wymyślałam różne zabawy, by tylko odwrócić jego uwagę od rodziców. Czasami, gdy patrzył na mnie swoimi malutkimi jak paciorki oczkami i wskazywał palcem drzwi, za którymi kłócili się bez wyrzutów rodzice, miałam ochotę iść i ich zabić, bo jak mogłam zakazać tej małej, trzyletniej istotce, tęsknoty za miłością matki i ojca.
Pewnego dnia przyszedł wcześniej z pracy tata. Spakował w podróżną torbę swoje ubrania, a gdy skończył, wszedł do mojego pokoju i powiedział, że musi jechać w delegację. Pocałował mnie na pożegnanie w czoło i wyszedł - od tamtej pory nie widziałam go. Przez jakiś czas radziliśmy sobie; mama wzięła dwie zmiany w sklepie, a ja zajmowałam się Dawidem i domem. Nauczyłam się gotować, prać, sprzątać, opiekować dzieckiem i mimo że zajmowało mi to dużo czasu, moje oceny w szkole były bez zmian.
Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Wróciłam ze szkoły i jak zwykle miałam zacząć porządkowanie mieszkania, gdy usłyszałam, że ktoś wchodzi. Wyszłam do przedpokoju i zobaczyłam mamę z jakąś kobietą. Zdziwiona zapytałam, czemu nie jest w sklepie. Ona odrzekła, że nie przynosił zysku i właściciel postanowił go zamknąć, a cały personel zwolnić. Nagle poczułam, że oblewa mnie zimny pot. Byłam już na tyle dojrzała, by wiedzieć, że przepadło nasze jedyne źródło dochodów. Mama, widząc w moich oczach strach, powiedziała: "Nie martw się! Teraz będę na kuroniówce, a w międzyczasie czegoś poszukam". Nie wiem, dlaczego nie przekonała mnie tym. Gdy ubierałam się do wyjścia, aby odebrać Dawida ze żłobka, poprosiła mnie o dwie kawy: dla niej i dla "cioci" Teresy. Spełniłam jej prośbę, po czym szybko wyszłam.
Po powrocie przeżyłam szok: obie były kompletnie pijane. Rano weszła do pokoju mama i zaczęła się tłumaczyć, że pani Teresa miała imieniny itd., ale nie miałam ochoty jej słuchać, więc wzięłam plecak i powiedziałam, że muszę iść do szkoły. Przez wszystkie lekcje byłam niespokojna, miałam złe przeczucia. Po zajęciach szybko wracałam do domu. Już przy klatce schodowej usłyszałam przeraźliwy płacz dziecka. Stwierdziłam, że to mój brat. Szybko biegłam na górę, gorączkowo szukając klucza. Gdy otworzyłam drzwi, zapłakany malec rzucił mi się na szyję. Poczułam, jak spływają moje łzy - do tej pory nie wiem, czy to dlatego, że on płakał; czy dlatego, że zostawiła go rodzona matka. Mama wróciła wieczorem. Była pijana! Zaczęłam na nią krzyczeć, że co ona robi, czemu zostawiła dziecko samo, jak ona wygląda. Ona tylko machnęła ręką i położyła się na łóżko. W nocy mój brat nie mógł zasnąć, więc cały czas nosiłam go na rękach, śpiewając i opowiadając bajki. Następnego dnia nie poszłam do szkoły – byłam niewyspana, nie odrobiłam lekcji. Wiedziałam, że odtąd mogę liczyć tylko na siebie.
Moje życie stawało się koszmarem: rano prowadziłam Dawida do żłobka, potem szłam do szkoły, po lekcjach odbierałam brata, z własnych oszczędności robiłam marne zakupy, gotowałam, prałam itd. Żyło mi się coraz trudniej. Mama zastawiła w lombardzie wszystko, co miało jakąś wartość: telewizor, telefon, radio, a nawet mój łańcuszek i pierścionek złoty, który dostałam na pierwszą komunię. Najgorsze było to, że nie dawała nawet grosza na zakupy. Gdy prosiłam ją o pieniądze, zaczynała krzyczeć, że jestem darmozjadem, że ona w moim wieku pracowała. Czasami, gdy wytrzeźwiała, przychodziła i przepraszała, dziękowała za zajmowanie się Dawidem, domem. Jednak najczęściej wychodziła z rana, a wracała w nocy pijana. Nieraz musiałam po nią schodzić, gdyż nie potrafiła sama wejść po schodach, innym razem "śpiewała" przy klatce. Prawdziwy cios przeżyłam, gdy idąc do szkoły, usłyszałam rozmowę dwóch sąsiadek. Wyzywały mamę od "pijaczek", a mnie i Dawida nazywały "sierotami". Nie odezwałam się - zabrakło mi odwagi, by zaprzeczyć.
Zaczęło brakować nam pieniędzy. Kupowałam na kredyt, a niektóre produkty pożyczałam od życzliwych sąsiadek. W szkole szło mi coraz gorzej, a wychowawczyni chciała rozmawiać z moimi rodzicami. Byłam załamana! Prosiłam mamę, by przestała pić, ona mówiła: "Od jutra córciu, od jutra". Tylko że to "jutro" by nie nastąpiło nigdy, gdybym się nie przełamała. Idąc któregoś dnia ulicą, zauważyłam plakat z numerem telefonu zaufania. Wiedziałam, że to jedyna deska ratunku. Ludzie, do których się dodzwoniłam, powiedzieli, że to nie moja wina, że mama zaczęła pić, i po dość długiej rozmowie poradzili, bym skontaktowała się z najbliższą rodziną, która na pewno pomoże. Tak też zrobiłam. Poszłam do babci i opowiedziałam wszystko, co się ostatnio działo: o libacjach mamy, o moich kłopotach z nauką, długach w sklepach itd. Babcia się rozpłakała, po czym powiedziała, że przez jakiś czas będę mieszkała u niej. Razem poszłyśmy po moje rzeczy. Gdy się pakowałam, usłyszałam przez uchylone drzwi, jak babcia przekonuje mamę do leczenia, lecz ta w niegrzeczny sposób wyprasza ją z domu. Kiedy opuszczałam mieszkanie, wiedziałam, że nie powrócę do tych "klimatów".
Mieszkając z dala od "przeszłości", czułam, że moje życie nabiera sensu. Mimo że musiałam powtórzyć klasę, cieszyłam się każdym dniem, w którym widziałam mojego brata znowu szczęś-liwego. Po roku odwiedziła mnie u babci mama. Powiedziała, że podjęła leczenie i nie jest już uzależniona. Gdy zapytała, czy wrócę z nią do domu, zaprzeczyłam – nie byłam gotowa.
Teraz po dwóch latach znów tworzymy szczęśliwą rodzinę: ja, mama i mój brat. Chodzę na spotkania dla rodzin alkoholików, gdzie odbywam terapię.

    Ja wiem, że alkohol kradnie wolność, nie tylko spożywającym, ale i ich rodzinom.

Izabela Chmielewska (III TB Zespół Szkół Technicznych w Suwałkach)
* Postacie i zdarzenia w tym opowiadaniu są fikcyjne.


Powrót - inne wieści